niedziela, 24 października 2010

nothing special

Bylismy obok siebie bardzo długo. Zawsze niedaleko. Gdy go widziałam, robiłam się spokojniejsza, lecz moje serce wyskakiwało mi z piersi. Wiedzieliśmy to od zawsze, lecz nie mieliśmy odwagi. Lecz, do czego?
Wystarczył jeden wieczór, jeden wspólny powrót ze szkoly. I bum bach - stało się.
Zwolnił. Zatrzymał się w końcu. Przeszłam kilka kroków dalej i gdy zobaczyłam, że obok zabrakło mojego towarzysza, odwróciłam się. Stał i patrzył się na mnie. Nagle powiedział:
- Najwyżej wszystko zepsuję, ale dłużej już tak nie mogę!
I wtedy podbiegł do mnie, wziął moją twarz w dłonie i delikatnie pocałował w usta. Przeszły mnie dreszcze, ogień przepłynął od ust do stóp i z powrotem. Dotknęłam jego dłoni i potem objęłam go za szyję. Przytuliłam o najmocniej jak umiałam i powiedziałam:
- Dziękuję.
Oddaliłam lekko głowę, aby spojrzec mu w oczy i pokazać uśmiech. On również się uśmiechał. Tak, własnie w tym uśmiechu kochałam się od dwóch lat. Tak, to było to.
Nareszcie nasze uczucia się uwolniły i niczego nie musieliśmy przed sobą udawać.
*   *   *
W szkole najnaturalniej w świecie chodziliśmy ze soba za rękę. Nikt właściwie się nie zdziwił.
Co tydzień zabierał mnie w inne miejsce, aby podziwiać nasze piękne miasto. Siedzieliśmy na zboczu, objęci i patrzyliśmy na widoki.
Nic nie mówiliśmy. Milczeliśmy do siebie. Nic nam nie było potrzebne. Rozumieliśmy się bez niczego.
Znalazłam kogoś do kogo mogłam milczeć, wystarczyły tylko myśli. Byłam jemu i losowi bardzo wdzięczna.