poniedziałek, 29 listopada 2010

też tak z innej beczki.

Jedynymi źródłami światła były pożary. Wszechoobecny, żółto - pomarańczowy, parzący ogień. Płomienie poruszały się bardzo szybko, w przeciwieństwie do ludzi. Wydawało się, jakby wszyscy powoli się biegali, jakby mieli nogi z cementu. Możliwe, że faktycznie tak było, lecz dlaczego ja mogłam poruszać się normalnie? A może byłam taka jak oni... Ludzie uciekali w przeciwnym kierunku niż ja. Przecież wyjście było tam! Właściwie nie wyjście, tylko jakiś ratunek. Wiedziałam to. Krzyczałam do nich. Jednak z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. W końcu zatrzymałam się. Moją owagę przykuła człowiek. Patrzyłam w oczy mężczyzny właściwie chyba chłopaka, nie wiedziałam. Zaczęłam iść w jego kierunku, ale zatrzymałam się. Złapali go. Patrzyłam, jak po kolei od reszty ciała odpadły nogi, potem ręce.. Głowa jeszcze na mnie spojrzała. Uśmiechnęła się. Potem i ona została wyrwana. Moje ciało przeszyła nić bólu, który został wcześniej zadany tamtemu człowiekowi. Został tylko kadłub, kłoda bez gałęzi..
Krzyk. Przeraźliwy krzyk. Ktoś krzyczał. W obliczu strachu przybrał raczej barwę pisku.

1 komentarz:

ta co cie zna najlepiej . pisze...

juz wiem jaki chce od ciebie prezent.
Napisz mi książke o mnie i najbliżych mi osobach :)